Fragmenty książek

 

 

 

  • Zobacz wszystkie | Strony: « Poprzednia 1 2
  • Znalezione. Szkice do książki

    Fragmenty książek

    Andrzej Falkiewicz Znalezione. Szkice do książki (fragment):


    4: Wybrane z ognia

    Tą pracą, rysunkiem myśli tej pracy chcę oddać „płomień” – chcę  p ł o m i e ń  n a r y s o w a ć.
    Albo: tą pracą (tą książką), rysunkiem myśli tej pracy (tej książki) – chcę  n a r y s o w a ć

    p ł o m i e ń.
    Pierwsza modlitwa. Psy wyją – a to już jest to samo pytanie, co w murzyńskiej pieśni do księżyca. Czy nie słyszycie, że to już ten sam ton? Czy wiecie, że one wtedy mają już to samo w oczach? Wycie do księżyca – największa i nietknięta dotąd tajemnica psa. Wycie do księżyca – pierwsza tajemnica ludzi. Zaczyna się u wilka, przechodzi do niektórych psów – potem milknie na długo – powraca dopiero wraz z pieśnią ludów pierwotnych. (Nie chcę się wypowiadać o modlitwie elektronów – najmniejszych cząstek, cząstek elementarnych, zdaniem Teilharda de Chardin już „usposobionych” ku biosferze i noosferze).
    I tak pozostaje – i wyją. Niekiedy są tego wycia pozbawiani, nieliczni są tego wycia pozbawieni. To jest kalectwo. Z tym kalectwem można żyć (nie bardzo tylko wiadomo – po co?). Nieporozumienie zaczyna się dopiero wtedy, kiedy ludzie nim dotknięci modlą się, myślą o człowieku, „tworzą sztukę”. Zbudowali elektryczną maszynę ze sprzężeniem zwrotnym i modelują człowieka na obraz i podobieństwo swojej maszyny (zawsze chcą widzieć w nim kopię swego ostatniego wynalazku).
    Mój obszar pozostanie nietknięty. Można zbudować automat, który myśli logicznie, automat, który klepie wiersze albo pacierze; nawet automat, który sam siebie stwarza – ale nie można zbudować automatu, który się modli. Niczym nie możesz tutaj zastąpić życia. Wiedza, która uwzględni kiedyś ten czynnik pierwszy.
    Przeszukiwania i odkrycia w człowieku – w tych jego zakamarkach, których dotąd nie przeszukiwano. Dotychczas najciekawsze odkrycia tyczyły dna – popędu, płci, kompleksów. Te będą poszukiwaniami w pianie – w tej warstwie najwyższej, najbardziej ideologicznej (czytaj dalej ->)

  • Metamorfoza Marmelsteina

    Fragmenty książek

    Wolfgang Bittner Metamorfoza Marmelsteina (fragment):

     

    – To, co tak naprawdę jest sztuką, zostało zniszczone czczymi gadkami i rozdeptane przez paplaczy. Wynoszą samych siebie pod niebiosa, bogacą się, oszukują i chodzą napuszeni jak pawie. Widzę to tak samo jak ty.
    Marmelstein pokiwał głową. – Jakiś dziennikarz prowadzący talk-show zaprasza do swojego programu innego dziennikarza prowadzącego inny talk-show. Preferowany jest oportunizm. Istnieje popyt na rozrywkę, sex and crime, star war, action, talk i znów sex.
    – Absolutne dno i panoszący się wszędzie seksizm – zgodziła się z nim. – Praktycznie dotyczy to wszystkich. Ja już nawet nie lubię zaglądać ani do programu telewizyjnego, ani do czasopism, bo mnie po prostu odrzuca.
    Kiedy na chwilę zamilkli, Marmelstein zaczął gładzić dłonią jej włosy, brwi i szyję.
    – Jakiś czas temu – zaczęła – Erichson poleciał do Tokio. Znasz go. Jest współwydawcą tego nowego czasopisma. To ten mój adorator...
    – Nic o tym nie wiedziałem – wtrącił zaskoczony.
    – O wielu rzeczach nie wiesz – powiedziała zuchwale, ale kiedy dotarło do niej, jak bardzo go tym uraziła, dodała szybko: – Ale to nie ma znaczenia. Erichson należy do tych młodych karierowiczów, którzy dla mnie zawsze znajdują się w okresie dojrzewania. Utrzymuję czasem z nim znajomość ze względu na interesy, bo kupuje jakiś rysunek albo obraz. – Pogłaskała go po ustach i pocałowała. – Nie musisz się obawiać. Nie jest dla ciebie żadną konkurencją – zapewniła (czytaj dalej ->)

  • Patriarchatu dawno miniona chwała

    Fragmenty książek

    Pavel Brycz Patriarchatu dawno miniona chwała (fragment):

     

    Rodzina Kochanych mieszkała w pięknym miasteczku z klasycystycznym zamkiem w kolorze czerwonym, z widokiem od frontu wprost na ciemię Jana Ewangelisty Purkyniego, sławnego rodaka, który odkrył wiele cudów życia, badał komórkę i fizjologiczne procesy organizmów, a dzisiaj, martwy, z wysokości cokołu spoglądał na życie wokół siebie i nie drażniły go ani gołębie odchody, które brudziły jego szlachetną głowę, ani wrzask pawi z paletą malarską na wachlarzowatych ogonach; nie znały one jego pełnego imienia, ponieważ deszcze i czas zmyły połowę napisu na cokole, tuż pod brodą, albo też nie umiały czytać i krzyczały tylko:
    „–rkyni, –rkyni, –rkyni!!!”
    Przez lewe skrzydło zamku można było wejść do ogrodu, w którym rabatki pełne pstrokatych bratków miały geometryczne kształty, a soczyście zielone krzewy były przycięte stożkowato i świeciły się niczym lampy z zielonymi abażurami.
    Takie było zatem najpiękniejsze miejsce na świecie, w nim od urodzenia mieszkała Kwieta Kochany, a Roland Berezinko powiedział o nim, że ludzie nie umierają tu z powodu podeszłego wieku, lecz z nudy i od słuchania opowiastek jej matki.
    Kwieta, już bez gipsu na lewej nodze, skończyła praktykę zawodową w mieście portowym i do garsoniery Rolanda przyjeżdżała już tylko w weekendy. On starał się unikać historyjek o topielcach z włosami jak wełna oraz wstrętnych wrzasków małomiasteczkowych pawi.
    Nie gościł w świecie swojej narzeczonej, Kwiety, znienawidził go, nim go faktycznie poznał. Może nie chciał przystać na to, że tylko taki mały prowincjonalny świat chce go wziąć w swoje objęcia. Żadna tam Ameryka! Pycha oraz niczym nieuzasadniona ambicja nie wygasły w nim tak zupełnie.
    Poza tym życie Rolanda nie uległo żadnej zmianie, każdy dzień kończył przy piwie i gdyby nie to, że kajał się przed Kwietą za każdym razem, gdy mu minął kac, z pewnością już dawno by go zostawiła.

    Mimo to nastał dzień, w którym Kwieta przyprowadziła swego wybranka, by go przedstawić rodzicom. Roland przybył starannie ogolony, ostrzyżony, z pomadą na resztce włosów, usiadł u szczytu stołu i sztućcami dźgał indycze udko z ugrzecznieniem słuchając opowieści swojej przyszłej teściowej, jak to mała Kwiecieńka narobiła w majtki na scenie podczas amatorskiego festiwalu teatralnego (czytaj dalej ->)

  • Leż, bestio!

    Fragmenty książek

    Jiří Kratochvil Leż, bestio! (fragment):

     

    Im bliższy był dzień, w którym mieliśmy się pokazać publicznie podczas procesu, tym szybsze stawało się tempo przygotowań. Arcymistrz podzielił dzieci na dwie grupy, z którymi przerabiał ćwiczenia duchowe, ucząc, jak osiągnąć pragnienie śmierci, jakby to była najpiękniejsza zabawka. Dwa razy dziennie – wczesnym rankiem i późnym wieczorem – zgromadzeni na rajskim dworze odmawialiśmy tak zwaną modlitwę, poranną i wieczorną. Dozorcy odczytywali nam teksty, w których jako sprzedawczyki oraz zdrajcy narodu przyznawaliśmy się chóralnie do najohydniejszych zbrodni, nazywali siebie wściekłymi psami, śmierdzącymi szczurami i krwiożerczymi bestiami, błagając przy tym o haniebną śmierć. Zdarzało się, że modlitwy przechodziły w histeryczny wrzask, niektóre dzieci zrywały z siebie habity, niecierpliwie nadstawiając szyje wyimaginowanemu stryczkowi, a piersi salwie plutonu egzekucyjnego. Wtedy dozorcy traktowali je jak histeryków:wymierzywszy im kilka ostrych policzków, zaciągali do cel. A przecież nie było wątpliwości, że ataki histerii świadczyły o szczerym przeżywaniu modlitwy.

    Jeśli jesteście teraz ciekawi, czy i mnie kiedyś należało zdzielić po buzi, oszczędźcie sobie tego pytania. Życie w absolutnej klasztornej izolacji, w warunkach rozmaitych ograniczeń musiało się, rzecz jasna, odcisnąć na nas wszystkich. Lecz ja, mając znacznie większą odporność, stanowiłem tam wyjątek. Owszem, jako mózg spisku mogłem być odporniejszy, w porównaniu z moimi braćmi i siostrami byłem jednak poddany dużo silniejszej presji fizycznej i psychicznej.
    Elementem naszych przygotowań były też prastare praktyki klasztorne, dzięki którym mnisi oraz mniszki potrafili stłamsić swe grzeszne cielesne chucie i oswobodzić duszę, co polegało na tym, że ciało było traktowane jako jej wróg (czytaj dalej ->)

  • Lunatyczny przewodnik po Pradze

    Fragmenty książek

    Přemysl Rut Lunatyczny przewodnik po Pradze (fragment):

     

    RANDKA POD ZEGAREM

    On miał całkiem zwyczajne imię: Bohousz, ale Szeherezadzie wcale to nie przeszkadzało. Przyszła punktualnie i już pod zegarem dostała całusa. Duża wskazówka pokazywała dwunastkę, mała trójkę, z kawiarni „Slavia” dobiegała Barkarola, a kierujący ruchem wskazywał krótszą ręką Smichov, a dłuższą, w której trzymał pałkę, Stare Miasto.
    Zakochani przeszli na nabrzeże.
    – Może wypożyczymy łódkę? – zapytał Bohousz, widząc, że Szeherezada spogląda przez balustradę.
    Widok był taki, jakby na rzece zatonął parostatek: po ciemnej głębinie płynęły szalupy, a w każdej z nich siedziała para rozbitków, którym zostały tylko ich własne życia, nic więcej. Jednakże w takich sytuacjach życie, nic więcej, jest ważniejsze niż skarby świata całego.
    – Powiedziałam, że idę na lekcję gry na skrzypcach – powiedziała Szeherezada, licząc w myślach. – Powinniśmy zdążyć.
    – Ty chodzisz na skrzypce? – zapytał zaskoczony Bohousz.
    – Coś ty! – uśmiechnęła się bajarka. – Tylko tak kłamię.
    – I w domu ci wierzą?
    – Nie. Dlaczego mieliby wierzyć? – zdziwiła się Szeherezada. – Ale wiedzą, że wrócę za godzinę. Kiedy mówię, że idę do teatru, wiedzą, że będę z powrotem za dwie godziny. Trzy godziny mam na łaźnię parową, cztery na dodatkową lekcję tańca, pięć godzin na czytelnię uniwersytecką, sześć na ciotkę w Zbraslavi, a siedem na bal maturalny.
    – Ty dopiero teraz będziesz zdawać maturę?
    – Nie. Dlaczego miałabym zdawać maturę? To jest tak samo jak z tymi skrzypcami.
    – Aha. – Chłopak zrozumiał. Wsunął głowę do okienka, za którym tkwił gruby ratownik ze złotym zegarkiem na opalonej na brąz ręce.
    – Na godzinę – złożył zamówienie. – Niedługo musi wracać do domu.
    Dostał karteczkę z numerem łódki, posadził Szeherezadę na chybotliwej ławeczce i chwycił za wiosła.
    Odbił od brzegu i uświadomił sobie, że od dołu Praga wygląda bardzo stromo. Osiadłe mieszczańskie domy przypominały blanki zamku na skale, miłujący pokój most 1 Maja nagle stał się mostem zawieszonym nad fosą (czytaj dalej ->)

  • Pieniądze od Hitlera

    Fragmenty książek

    Radka Denemarková Pieniądze od Hitlera (fragment):

     

    Lodowa skorupa

    Po powrocie stamtąd żyję jak pod grubą warstwą lodu, po którym inni jeżdżą z zapałem na łyżwach, z rozpalonymi radością policzkami. Głęboko pod lodem. Niewidzialna. Osamotniona. Ledwie wyczuwalna. Bezsilna. Skazana na to, by czekać, aż ktoś wykona ostatni gest, postawi kropkę na końcu źle skleconego zdania, nadepnie na wąziutkie wystające naczynie wypełnione solą. Zamarznięte w lodowej skorupie.

    Wracam do domu. W błędnym przekonaniu, że to wciąż jest mój dom. Palący gorąc. Unikam nawet bocznych dróg. Kierowana nieuzasadnionym instynktem samozachowawczym. Teraz już mogę iść środkiem. Drałować w skwarze roztopionych jezdni jak inni. Już nie muszę się bać. Wojna się skończyła.

    A jednak ciągle się boję.

    Wyczuwam wyprostowany palec kościółka, domyślam się czerwieni ścieśnionych dachów, kątem oka widzę bryłę pałacyku, długą jak nitka makaronu, i zabudowania naszego majątku. Wlokę się rowami, pozwalam, by nogi wysmagały mi kłujące pokrzywy, te zielone szczypce, idzie rak – nieborak, jak uszczypnie, będzie znak; tak śpiewaliśmy, spacerując dziecięcymi paluszkami po smukłych skrzydłach mamy. Niebieskie żyły, które wychodziły jej na przegubach… nie umiała ich ukryć, nikt jeszcze nie wymyślił żadnego tuszującego kosmetyku na pulsujący rurociąg ciała. Wieczorem jej ręce błyszczały od pachnącego tłuszczu. Odpoczywały w nocy nasmarowane specjalnym kremem.

    Odpoczywały też właściwie za dnia.

    Trzęsą mi się kolana.

    Upadam w niską zeschłą trawę. Pod słońce w zenicie. Dopadnie mnie. Ani chybi. I na obnażoną bladość rąk i nóg chluśnie strumieniem gorących igiełek. Jestem łatwym celem. Każdy szuka takiego celu. I znajduje. Zawsze jest ktoś o szczebelek niżej. Ktoś bardziej bezbronny. Bardziej odkryty (czytaj dalej ->)

  • Spojenia

    Fragmenty książek

    Jacek Bierut Spojenia (fragment):

     

    Wszystko wydaje się takie śmieszne. Na przykład ta trawa na boisku, zbyt wysoka, żeby można tam było grać w piłkę. Tamtego dnia, kiedy siedzieli na walcu, było identycznie. Wakacje dobiegały wtedy końca. To był dzień, kiedy mieli wznowić treningi. Jak zwykle przyszli tylko we dwóch z Jackiem Podkałkiem, jak zwykle nie było trenera ani piłki. Nikt się tym nie przejmował. To była przecież liga, z której nie można było już nigdzie spaść, a awansować z niej też nie było po co, bo co za różnica, z którymi patałachami się będzie przegrywało i w jakich wiochach odbędą się spotkania wyjazdowe (byli bowiem jedynym zespołem miejskim w obu najniższych ligach), może tylko ta, że ci z klasy przedostatniej zdecydowanie bardziej zdecydowanie kopali po nogach, zapewne z obawy, żeby nie spaść na samo dno. Potem jednak wszyscy się połapali, w czym rzecz, i niezależnie od klasy rozgrywkowej mecze stały się jeszcze bardziej zacięte. Obrona spojeń słupka i poprzeczki okazała się znacznie bardziej bezwzględna niż bronienie remisu 0:0. Szybko to przestało być zabawne, kiedy tak ich po kilku na mecz znoszono z boiska.

    W dodatku to, że przyszli we dwóch, też niczego nie zmieniało, bo Jacek Podkałek nie był piłkarzem, nie tylko nie lubił się męczyć, ale zdaje się, nawet nie umiał. Po prostu często chodził za Adamem Bożyżuczkiem, a jeśli chodzi o piłkę nożną, a właściwie o tę odmianę piłki nożnej, to po pewnym czasie nauczył się przynajmniej na to patrzeć, chociaż zawsze ze zdziwieniem i odrazą.
    – Spieprzam – powiedział wtedy Jacek Podkałek.
    – No to będę miał nareszcie spokój. Ja zostaję – ucieszył się Adam Bożyżuczek.
    – Adi, posłuchaj, ty nic nie rozumiesz. Tu się już nic więcej nie stanie. Niczego tu nie zrobisz. Nikt z nas. To poważna sprawa jest. Życie to nie jest to wasze strzelanie goli, tak żeby nigdy nie strzelić, ale żeby wszystkim pokazać, że każdemu możecie strzelić z dziesięć. Chcesz już tak zawsze? Żeby ktoś was chociaż kupił za skrzynkę browara. Ale nawet tyle nie
    jesteście warci.
    – Ale nikt ci nie broni.
    – Rzuciła mnie, miesiące mijają, a ja cały czas porzucony – wziął głęboki oddech (czytaj dalej ->)

  • Sąsiedzi i ci inni

    Fragmenty książek

    Ota Filip Sąsiedzi i ci inni (fragment):


    Pani Inge, małżonka Horsta Kramera, o którym w zaułku Im Krähwinkel powiadano, że truje sąsiadom domowe zwierzęta, śpiewające ptaki oraz rybki, już drugiego dnia po wprowadzeniu się Oskara do domku numer dziesięć złapała go za rękaw na parkingu przed supermarketem Tengelmann i zaciągnęła między dwa samochody. Tam, po krótkim wahaniu, najpierw donośnie, później jednak szeptem, przestrzegła pana literata, że w zaułku Im Krähwinkel panuje porządek. Makulaturę i butelki daje się do kontenera za rogiem, w dni powszednie między piętnastą a siedemnastą, w soboty między dziewiątą a dwunastą, ale butelek nie wolno wrzucać, tylko wkłada się je ostrożnie, żeby nie pękały. Zimą trzeba do siódmej rano uprzątnąć z chodnika przed domem świeży śnieg. Grillowanie w ogródku jest dozwolone pięć razy w roku, przy czym każdy grill należy zgłosić sąsiadom, najlepiej pisemnie z co najmniej dwudniowym wyprzedzeniem. Parkowanie przed domem nie uchodzi, a goście muszą zostawiać samochód na parkingu za rogiem, ale z rurą wydechową w kierunku ulicy. Pan literat może kosić trawę tylko między trzecią a piątą po południu, suszenie prania w ogródku jest możliwe wyłącznie po zmroku oraz do dziewiątej rano, cisza nocna zaczyna się o dziesiątej wieczór i trwa do szóstej rano. Pojemniki z odpadami wystawia się przed dom co drugi czwartek, a jeśli akurat przypadnie święto, państwowe czy kościelne, wtedy w piątek. Lecz gdy i piątek jest świąteczny, wówczas dopiero w poniedziałek. Natomiast gdy w taki poniedziałek wypada święto, państwowe czy kościelne, jak na przykład w Wielkanoc, wtedy wywóz odpadów przesuwa się na czwartek, przez co dochodzi do zakłócenia dwutygodniowego cyklu, wobec czego kolejna wywózka odbywa się w następny czwartek. I tak cykl się wyrównuje.
    – Podobnie, też co dwa tygodnie – kontynuowała pani Inge – jest zorganizowany wywóz odpadów biologicznych, tyle że w środy. Ale jeśli na środę przypadnie święto, państwowe czy kościelne, te odpady nie są wywożone w czwartek, tylko w piątek, żeby nie doszło do kolizji z czwartkowym wywozem odpadów nieorganicznych. Lecz gdy piątek jest akurat świąteczny, wówczas wywóz odpadów biologicznych przesuwa się na poniedziałek, ale pod warunkiem, że tego dnia nie przypada przesunięty termin wywozu nieorganicznych odpadów (czytaj dalej ->)

  • Zobacz wszystkie | Strony: « Poprzednia 1 2