Fragmenty książek

 

 

 

  • Zobacz wszystkie | Strony: Fragmenty książek
  • Niewierność nad wiernościami

    Fragmenty książek

    Andrzej Coryell Niewierność nad wiernościami (fragmenty):

     

    PRZEZNACZENIE


    Przeznaczeniem Boga zawsze będzie człowiek.

    ***
    Silniejsze od bogów jest ich przeznaczenie.

    ***
    Brak przeznaczenia też jest przeznaczeniem.

    ***

    Jak ślimaki, przekonane, że tylko dźwigają swój dom, a nie miejsce straceń, gdzie zostaną sobą nafaszerowane, z dodatkiem przypraw i sosu, tak i my dźwigamy nasze przeznaczenie, na czyjąś radość.

     

     

    SUMIENIE

    Budzą mnie co rano ćwierkające i śpiewające wyrzuty sumienia.

    ***
    Miał czyste sumienie, a wyrzuty gdzieś indziej.

    (czytaj dalej –>)

  • W młodych latach

    Fragmenty książek

    Krystyna Sar W młodych latach (fragment)

     

    Ciągle jeszcze miewam dni, kiedy dopada mnie tęsknota za moim krajem. Do raczej spokojnego, w zasadzie nieagresywnego sposobu bycia, do tego, jak ludzie się ze sobą obchodzą. Że nie budują stosunków z innymi na nieufności. Że rodziny się wzajemnie wspierają. Że ludzie starsi i dzieci cieszą się poszanowaniem. Wygląda to na kraj z bajki? Cyprian Kamil Norwid opisał na emigracji swoją tęsknotę słowami: „Za tym krajem, w którym każdy okruch chleba podniesiony zostaje z ziemi z szacunku do darów nieba, tęsknię, o Panie”. Nie całkiem tak patetycznie, bardziej odpowiadając duchowo XXI wiekowi, raczej nieco ironicznie, pisze, w Polsce żyjący niemiecki celebryta Steffen Möller: „Polska jest jedynym krajem na świecie, w którym Bóg, ojczyzna i honor mają znaczenie”. Dokładnie.

    Prawdopodobnie odczuwam to tak, jak wielu rodaków od dawna żyjących zagranicą. Z wiekiem staje się coraz bardziej wyraźnym, jak niepowtarzalny jest ich kraj i, dziwiąc się, dochodzą do wniosku, jak bardzo tęsknią do wartości, które tam w dużej części zachowały swoją ważność. Przy tym nie zauważają, że prawdopodobnie tęsknią za własną młodością. Szukają miejsc swoich wspomnień, których i tak nigdzie nie ma. Oczywiście wiedzą, że wspomnienia mogą zawodzić. I widać, że nie tylko polscy emigranci tęsknią w podeszłym wieku za ojczyzną. Niemiecki filozof, Hoelderlin, wrócił pod koniec swego życia po długim pobycie w Bordeaux na pieszo do swego miejsca urodzenia, Stuttgartu. Tego zamiaru nie mam. A jeśli kiedyś, to na pewno nie na pieszo.
    Kiedy tak żarliwie opiewam moją ojczyznę, zadaję sobie pytanie: dlaczego nie wychowałam dzieci dwujęzycznie?  (czytaj dalej –>)

  • Studium w czerwieni

    Fragmenty książek

    Przemek Corso Studium w czerwieni (fragment)

     

    – Chcę przesłuchania. – Jego mięśnie dosłownie zatrzeszczały. Nie miał w pobliżu niczego, w co mógłby uderzyć, dlatego po prostu zacisnął mocniej szczęki. Znowu odsunąłem się o krok w obawie, że mógłby się na mnie wyżyć. – Chcę mieć pewność, do kurwy! Rozumiesz? Kapujesz, ziom-ziom? Obdzwonię wszystkich, rozumiesz? Pomogę wam namierzyć tego fiuta, który zabił tamtego dzieciaka. Zadzwonię do każdej łysej pały, każdego czarnucha i każdego Cygana, który mógł być tamtej nocy w pobliżu Lil’Rose! Ale teraz… zajmij się Rudym!

    Zachowujesz się jak nasterydowany królik z reklamy paluszków AA, pomyślałem ze strachem. Ciekawe, jak dużo musiał ćpać? Dopiero po chwili dotarło do mnie, co tak naprawdę powiedział. Obdzwoni wszystkich? Patrząc na niego, straciłem jakiekolwiek wątpliwości. Pomoc Haydena naprawdę mogła przyśpieszyć śledztwo! Głośno zaczerpnąłem powietrza i powoli wypuściłem je nosem. Przynajmniej uświadomiłem sobie, że te odwiedziny w królestwie pana w czerwonym dresie naprawdę mają jakiś cel. Wyższy cel. Cel uświęca środki. Tak mówiła moja mama.
    – Dobra, zróbmy to… – powiedział mój przyjaciel i podrapał się w ucho. – Jakiego używasz telefonu?
    Hayden wydał z siebie dziwny dźwięk, który mógł oznaczać, że nie zrozumiał pytania.
    – IPoda – wydukał.
    – Jest mi potrzebny.
    Spoglądałem to na jednego, to na drugiego.
    – Mój iPod? – zdziwił się.
    – Będę potrzebował jeszcze czegoś…
    – Czego? – Hayden wręczył mu telefon.
    Ja tylko stałem z rękoma splecionymi na klatce piersiowej i czekałem na przebieg wydarzeń.
    – Masz tu jeszcze jakiś sprzęt?
    Oczywiście, że miał. Już wspominałem.

     

    ***

     

    Gra polegała na tym, że na dotykowym ekranie telefonu wyświetlały się piersi. Trzeba było szturchnąć jedną lub drugą palcem, a one kołysały się uspokajająco (czytaj dalej –>)

  • Historia nieudanej ucieczki z miasta Warszawy

    Fragmenty książek

    Krzysiek Szymczak Historia nieudanej ucieczki z miasta Warszawy (fragment)

     

    Okazuje się więc, że podróżując, z czasem coraz częściej odnajdujemy przyjemność w nieoczekiwanych momentach, podczas gdy te długo planowane kończą się fiaskiem i rozczarowaniem. W szczególności rodzi się w nas niechęć do wszelkiego rodzaju atrakcji figurujących w pierwszej dziesiątce na listach „Do zobaczenia”. Z całym szacunkiem, ale żeby leźć do każdego muzeum, które figuruje w przewodniku, to dla mnie niepojęte. Szczególny to wszak rodzaj podróżowania, gdy większość czasu spędzamy wśród innych zwiedzających. Z czasem pragniemy uciec od nich jak najdalej, by choć przez chwilę żyć życiem miejsca, w którym się znajdujemy. W Kioto ciężko przeżyłem wizytę w obleganej świątyni Kiyomizu-dera i dopiero spacer odległymi uliczkami dzielnicy Gion przyniósł pojednanie z miastem. W Luksorze gotów byłem dołączyć do nieboszczyków spoczywających w Dolinie Królów, żeby tylko uwolnić się od wszechogarniającej turystycznej plagi. Kulminacja rozpaczy nastąpiła jednak w Cuzco, w Peru, w którym wizyta zapisała się w mojej pamięci czarnymi zgłoskami. Po czterdziestu pięciu minutach spędzonych na Plaza Regocijo, w czasie których zjadłem najdroższą i najgorszą pizzę w swoim życiu oraz nie kupiłem siedmiu obrusów, pięciu obrazków i trzech misek, byłem gotów strzelić w pysk każdego (czytaj dalej ->)

  • Schyłek zimy

    Fragmenty książek

    Jędrzej Morawiecki Schyłek zimy (fragment)

     

    No właśnie. Brakuje nam forsy na browar. Przeinwestowaliśmy: kupiliśmy bele wełny mineralnej i wymurowaliśmy na nowo zwalony komin. Tłumaczymy sobie z Asią, że musieliśmy dokonać napraw. Inaczej dom by się sfajczył, mogło cofnąć ciąg, mogła pójść iskra pod dach. I tak zwlekaliśmy z remontem zbyt długo. Z kolei dzięki wełnie ciepło nie ucieka wprost w eternitowe płyty. Nie da się żyć w domu stale przypominającym wiejski skłot, szczególnie jeśli chcemy funkcjonować w normalnym obiegu.
    No ale pieniędzy zaczyna brakować.
    Sprawdzamy Internet. Czekamy na honorarium za pracę przy konferencji naukowej. Sławoj obiecał, że hajc przyjdzie szybko, ale konto ciągle jest puste.
    Siedzimy w sieci, gapimy się bezradnie na stronę bankową. W końcu przełączamy okno, sprawdzamy w outlooku pocztę elektroniczną.
    Przyszedł mejl od Arka.
    Arek z gór śle kolejne zaproszenia na swoje wernisaże, na wielkie imprezy w Warszawie. Zaproszenia przysyła przez swego osobistego agenta, w formie zbiorowego listu, upstrzonego ikonami sponsorów. To jednak nie ma większego znaczenia.
    Ważne, że Arek po latach samotnej, błyskotliwej kariery odnalazł szczęście. Mieszka z Magdą w Karkonoszach. Prowadzą schronisko na końcu świata, w skalistym kotle, w którym czas rozłazi się w rześkiej mgle. Magda przybiera na wadze, okrągleje. Arek promienieje. Czekają na synka.
    Arek mówi o szczęściu, czasem jednak w jego słowach pobrzmiewa dawna żądza, smak gonitwy za sprzętem, strach przed wypadnięciem z obiegu, pretensja do wyższych zarobków, do stawek za reklamowe zdjęcia porównywalnych z tymi dla konkurentów z Zachodu (czytaj dalej ->)

  • Dusza Góry

    Fragmenty książek

    Joanna Żak-Bucholc Dusza Góry (fragment)

     

    To wiatr zapędził ich na nasze piaski. Może tak powinnam rozpocząć, bo kto wie, czy nie wtedy morze przyniosło pierwszy znak. Jeden statek z połamanym masztem. Któż się tym przejął? Nie było to nic nowego. Nikt ze statku nie zginął, byli tylko wyczerpani. I jak się okazało – bez swojej ziemi, na którą mogliby wrócić i na której mogliby żyć, ich podróż bowiem była wygnaniem. Powiedzieli nam to potem, kiedy trochę wydobrzeli i nauczyli się już chociaż kilku słów w naszej mowie. O ludzie Kephtiu w portach i wielkich miastach Wschodniego Lądu oraz wielkiego półwyspu Anu, wysuniętego daleko w morze z linii ziem na wschodzie, w Rere, w Bybele, w Gerseo, powiadało się, że był pierwszym, który ujarzmił morze, że nasze statki były najlepsze, jakie dotąd zbudowano, a handlowe szlaki okrywaliśmy tajemnicą, ale pogłoski głosiły jeszcze, że nasi żeglarze wypływają nawet do zachodnich słupów Zielonego Oceanu. To wszystko zresztą było prawdą. Wiedzieli o nas tyle, co potrzeba, byśmy wzbudzali respekt i nie nam trzeba było potwierdzeń, że Kephtiu nie mieli sobie równych w żeglarskiej sztuce, szkutnictwie i odwadze, jaką trzeba mieć pośród wzburzonych fal. O naszym bogactwie rozpowiadano tam legendy, nie raz i nie dwa przesadzone, lecz nie było śmiałków, którzy poważyliby się na wyprawę dla ich zagarnięcia, Kephtiu kontrolowali ocean, zaś o naszych potyczkach i walkach z piratami, których dzięki swym okrętom i łucznikom wyparliśmy z tych wód, każdy pamiętał do dziś, choć długie lata upłynęły od tego czasu. I właśnie tu, na Wyspę, dumę wszystkich Kephtiu rozsianych po pobliskich wyspach i wysepkach, przywiódł Aharianów z Gerseo morski traf, kapryśny los (czytaj dalej ->)

  • Wspomnienia i zapiski

    Fragmenty książek

    Hugo Steinhaus Wspomnienia i zapiski (fragment):

     

    Towarzystwo Matematyczne rozwinęło się niebywale; posiedzenia odbywały się co tydzień i nieraz były trzy referaty na jednym posiedzeniu. Liczba rezultatów oryginalnych we Lwowie wynosiła kilkadziesiąt rocznie.
    Żona Banacha wpadła na oryginalny i dowcipny pomysł. Ponieważ matematycy schodzili się zwykle w kawiarni „Szkockiej”, kupiła gruby oprawny zeszyt, który otrzymał nazwę „Książki Szkockiej”. Ta książka pozostawała na przechowaniu w kawiarni, a każdy mógł jej zażądać, wpisać zagadnienia z datą i podpisem, a także rozwiązanie. Książka ta obejmowała kilkaset zagadnień, obok wielu z nich były nagrody wyznaczone przez stawiającego. Były zagadnienia, które obiecywały tylko małe piwo lub czarną kawę, i inne, za które można było otrzymać cały obiad lub żywą gęś. Były i takie, za które można było dostać fondu a la creme w Genewie. O książce tej wiedzieli także i ci, którzy nigdy nie byli we Lwowie; bardzo wiele zagadnień pochodziło od Banacha, Mazura i Ulama.
    Charakter matematyki lwowskiej zmieniał się w sposób widoczny. Zaczynali wyrabiać się specjaliści w różnych dziedzinach. Mazur zajmował się liniowymi metodami summacji (czytaj dalej ->)

  • Długi dzień

    Fragmenty książek

    Tadeusz Rybowski Długi dzień (fragment):

     

    Kasia odczekała, aż mąż wyjdzie, po czym powoli wstała i podeszła do okna. Znów padało. Ziewnęła głośno, przeciągnęła się. No, wreszcie Adam poszedł sobie do szpitala! Bardzo lubiła poranne chwile samotności. Chociaż mieli trzy pokoje, sypiali z Adamem razem. Z jednego pokoju nie korzystali, wynajmowali go studentkom. W drugim urządzili sobie living room, gdzie oglądali telewizję lub przyjmowali gości, gdy ktoś się zjawił.
    Adam rozczulał ją swoją troskliwością, pragnieniem nieprzeszkadzania jej rano. Czasami jednak denerwował ją ten jego rytuał. Kiedyś obserwowała go przez półprzymknięte oczy, kiedy przełaził nad nią rozkraczony, ostrożnie, aby jej nie obudzić. Gdyby wiedział, jak śmiesznie wtedy wyglądał! Właściwie to chyba niedobrze, gdy mężczyzna, z którym się żyje, staje się zabawny. Chociaż po tylu latach wspólnego pożycia (byli małżeństwem od piętnastu lat) ludzie tak się do siebie przyzwyczajają, że przestają na siebie reagować. Dobrze przynajmniej, że nie zbliżył się do niej tej nocy. Po kilku koniakach stawał się agresywny, nie zdając sobie sprawy z tego, że te rzeczy nie biorą jej już jak dawniej. Czy ją to zresztą kiedyś brało? Adam nie był zbyt pomysłowy w tych sprawach, chociaż zdawało mu się, że jest inaczej. Gdy byli młodym małżeństwem, pytał ją niekiedy po zbliżeniu, czy było dobrze, a ona odpowiadała, że tak, chociaż często bywało inaczej. Nie miało to zresztą większego znaczenia; i tak ceniła go bardziej jako człowieka niż jako mężczyznę, miała do niego zaufanie, dobrze zarabiał i zapewniał jej wygodną i spokojną egzystencję. Nigdy nie zazdrościła koleżankom, kiedy opowiadały o swoich przeżyciach erotycznych, chociaż może czasami było jej żal, że nie jest tak, jak być mogło. Nie warto się przejmować takimi głupstwami, kiedy się ma czterdzieści trzy lata (czytaj dalej ->)

  • Dom pod lipą / Das Haus unter der Linde

    Fragmenty książek

    DOM

    Dom liczył sobie sto lat i przez wiele lat stanowił siedzibę pastora. Zapewne tak byłoby po dziś dzień, gdyby nie druga wojna światowa. Ze wszystkich domów odeszli, płacząc, niemieckojęzyczni mieszkańcy wsi, przybyli nowi – ocierający łzy po stracie ojcowizny za wschodnią granicą, zżerani tęsknotą, przycupnęli na tej nowej ziemi obiecanej.
    Stojący nieopodal niewielki kościół, zbudowany z czerwonej cegły, był rówieśnikiem domu. Jego strzelista wieża konkurowała z otaczającymi górami. Na samym szczycie wieży stał krzyż, poniżej – tarcza zegara, od lat pokazująca tę samą godzinę, w środku znajdowały się dzwony. Żal, że z upływem lat odzywały się one tylko raz w miesiącu, gdy na nabożeństwo zjeżdżali się wierni Kościoła ewangelicko-augsburskiego oraz pastor z samego Kłodzka.

     

     

    Das Haus

    Das Haus war hundert Jahre alt und war Sitz des Pastors. Sicherlich, hätte es den Zweiten Weltkrieg nicht gegeben, wäre es bis heute dabei geblieben. Aus allen Häusern gingen weinend die deutschsprachigen Dorfbewohner hin, her kamen die neuen – die Tränen aus den Augen wischend nach dem Verlust ihres Vaterlandes hinter der Ostgrenze, von Sehnsucht
    verzehrt, kauerten sie sich auf das neue gelobte Land.
    Die unweit stehende kleine Backsteinkirche war mit dem Pfarrhaus gleichaltrig. Ihr hochaufragender Turm wetteiferte mit den umliegenden Bergen. Auf dem Gipfel stand ein Kreuz, darunter war eine Uhrscheibe, die seit Jahren dieselbe Uhrzeit anzeigte, drinnen waren die Glocken. Schade, dass sie im Laufe der Zeit nur einmal im Monat ertönten, wenn zum Gottesdienst die Gläubigen der Evangelisch-Augsburgischen Kirche und der Pastor aus Glatz zusammenkamen.

    (czytaj dalej ->)

  • Wybór wierszy

    Fragmenty książek

    Jacek Łukasiewicz Wybór wierszy (fragment):

     

     

     

     

     

     

     

    ***

     

    Tak kochają się traszki.
    Pięknym na pohybel.
    Dwa brzydkie ciała
    w zaciekłej podróży.

    (1968)

     

     

     

    ***

     

    Oprócz podróży są także powroty.
    Książki pożółkły, ludzie się postarzeli.
    To pierwsze wrażenie, nie ulegaj mu pochopnie.
    Ty, inny, spotykasz kogoś, kto czekał
    aż będziesz umiał go rozumieć.
    Ciesz się spotkaniem – powrotem i podróżą jednocześnie,
    Ciesz się spokojnie, z teraźniejszym swoim pulsem i potem.
    Nie musisz się spieszyć. Zdążysz.
    Jeśli przerwiesz rozmowę, przerwiesz ją we właściwej chwili.
    I nie prowadź tego wiersza nierozważnie,
    do pospiesznej pointy.

     

     

    (czytaj dalej ->)

  • Znalezione. Szkice do książki

    Fragmenty książek

    Andrzej Falkiewicz Znalezione. Szkice do książki (fragment):


    4: Wybrane z ognia

    Tą pracą, rysunkiem myśli tej pracy chcę oddać „płomień” – chcę  p ł o m i e ń  n a r y s o w a ć.
    Albo: tą pracą (tą książką), rysunkiem myśli tej pracy (tej książki) – chcę  n a r y s o w a ć

    p ł o m i e ń.
    Pierwsza modlitwa. Psy wyją – a to już jest to samo pytanie, co w murzyńskiej pieśni do księżyca. Czy nie słyszycie, że to już ten sam ton? Czy wiecie, że one wtedy mają już to samo w oczach? Wycie do księżyca – największa i nietknięta dotąd tajemnica psa. Wycie do księżyca – pierwsza tajemnica ludzi. Zaczyna się u wilka, przechodzi do niektórych psów – potem milknie na długo – powraca dopiero wraz z pieśnią ludów pierwotnych. (Nie chcę się wypowiadać o modlitwie elektronów – najmniejszych cząstek, cząstek elementarnych, zdaniem Teilharda de Chardin już „usposobionych” ku biosferze i noosferze).
    I tak pozostaje – i wyją. Niekiedy są tego wycia pozbawiani, nieliczni są tego wycia pozbawieni. To jest kalectwo. Z tym kalectwem można żyć (nie bardzo tylko wiadomo – po co?). Nieporozumienie zaczyna się dopiero wtedy, kiedy ludzie nim dotknięci modlą się, myślą o człowieku, „tworzą sztukę”. Zbudowali elektryczną maszynę ze sprzężeniem zwrotnym i modelują człowieka na obraz i podobieństwo swojej maszyny (zawsze chcą widzieć w nim kopię swego ostatniego wynalazku).
    Mój obszar pozostanie nietknięty. Można zbudować automat, który myśli logicznie, automat, który klepie wiersze albo pacierze; nawet automat, który sam siebie stwarza – ale nie można zbudować automatu, który się modli. Niczym nie możesz tutaj zastąpić życia. Wiedza, która uwzględni kiedyś ten czynnik pierwszy.
    Przeszukiwania i odkrycia w człowieku – w tych jego zakamarkach, których dotąd nie przeszukiwano. Dotychczas najciekawsze odkrycia tyczyły dna – popędu, płci, kompleksów. Te będą poszukiwaniami w pianie – w tej warstwie najwyższej, najbardziej ideologicznej (czytaj dalej ->)

  • Metamorfoza Marmelsteina

    Fragmenty książek

    Wolfgang Bittner Metamorfoza Marmelsteina (fragment):

     

    – To, co tak naprawdę jest sztuką, zostało zniszczone czczymi gadkami i rozdeptane przez paplaczy. Wynoszą samych siebie pod niebiosa, bogacą się, oszukują i chodzą napuszeni jak pawie. Widzę to tak samo jak ty.
    Marmelstein pokiwał głową. – Jakiś dziennikarz prowadzący talk-show zaprasza do swojego programu innego dziennikarza prowadzącego inny talk-show. Preferowany jest oportunizm. Istnieje popyt na rozrywkę, sex and crime, star war, action, talk i znów sex.
    – Absolutne dno i panoszący się wszędzie seksizm – zgodziła się z nim. – Praktycznie dotyczy to wszystkich. Ja już nawet nie lubię zaglądać ani do programu telewizyjnego, ani do czasopism, bo mnie po prostu odrzuca.
    Kiedy na chwilę zamilkli, Marmelstein zaczął gładzić dłonią jej włosy, brwi i szyję.
    – Jakiś czas temu – zaczęła – Erichson poleciał do Tokio. Znasz go. Jest współwydawcą tego nowego czasopisma. To ten mój adorator...
    – Nic o tym nie wiedziałem – wtrącił zaskoczony.
    – O wielu rzeczach nie wiesz – powiedziała zuchwale, ale kiedy dotarło do niej, jak bardzo go tym uraziła, dodała szybko: – Ale to nie ma znaczenia. Erichson należy do tych młodych karierowiczów, którzy dla mnie zawsze znajdują się w okresie dojrzewania. Utrzymuję czasem z nim znajomość ze względu na interesy, bo kupuje jakiś rysunek albo obraz. – Pogłaskała go po ustach i pocałowała. – Nie musisz się obawiać. Nie jest dla ciebie żadną konkurencją – zapewniła (czytaj dalej ->)

  • Patriarchatu dawno miniona chwała

    Fragmenty książek

    Pavel Brycz Patriarchatu dawno miniona chwała (fragment):

     

    Rodzina Kochanych mieszkała w pięknym miasteczku z klasycystycznym zamkiem w kolorze czerwonym, z widokiem od frontu wprost na ciemię Jana Ewangelisty Purkyniego, sławnego rodaka, który odkrył wiele cudów życia, badał komórkę i fizjologiczne procesy organizmów, a dzisiaj, martwy, z wysokości cokołu spoglądał na życie wokół siebie i nie drażniły go ani gołębie odchody, które brudziły jego szlachetną głowę, ani wrzask pawi z paletą malarską na wachlarzowatych ogonach; nie znały one jego pełnego imienia, ponieważ deszcze i czas zmyły połowę napisu na cokole, tuż pod brodą, albo też nie umiały czytać i krzyczały tylko:
    „–rkyni, –rkyni, –rkyni!!!”
    Przez lewe skrzydło zamku można było wejść do ogrodu, w którym rabatki pełne pstrokatych bratków miały geometryczne kształty, a soczyście zielone krzewy były przycięte stożkowato i świeciły się niczym lampy z zielonymi abażurami.
    Takie było zatem najpiękniejsze miejsce na świecie, w nim od urodzenia mieszkała Kwieta Kochany, a Roland Berezinko powiedział o nim, że ludzie nie umierają tu z powodu podeszłego wieku, lecz z nudy i od słuchania opowiastek jej matki.
    Kwieta, już bez gipsu na lewej nodze, skończyła praktykę zawodową w mieście portowym i do garsoniery Rolanda przyjeżdżała już tylko w weekendy. On starał się unikać historyjek o topielcach z włosami jak wełna oraz wstrętnych wrzasków małomiasteczkowych pawi.
    Nie gościł w świecie swojej narzeczonej, Kwiety, znienawidził go, nim go faktycznie poznał. Może nie chciał przystać na to, że tylko taki mały prowincjonalny świat chce go wziąć w swoje objęcia. Żadna tam Ameryka! Pycha oraz niczym nieuzasadniona ambicja nie wygasły w nim tak zupełnie.
    Poza tym życie Rolanda nie uległo żadnej zmianie, każdy dzień kończył przy piwie i gdyby nie to, że kajał się przed Kwietą za każdym razem, gdy mu minął kac, z pewnością już dawno by go zostawiła.

    Mimo to nastał dzień, w którym Kwieta przyprowadziła swego wybranka, by go przedstawić rodzicom. Roland przybył starannie ogolony, ostrzyżony, z pomadą na resztce włosów, usiadł u szczytu stołu i sztućcami dźgał indycze udko z ugrzecznieniem słuchając opowieści swojej przyszłej teściowej, jak to mała Kwiecieńka narobiła w majtki na scenie podczas amatorskiego festiwalu teatralnego (czytaj dalej ->)

  • Leż, bestio!

    Fragmenty książek

    Jiří Kratochvil Leż, bestio! (fragment):

     

    Im bliższy był dzień, w którym mieliśmy się pokazać publicznie podczas procesu, tym szybsze stawało się tempo przygotowań. Arcymistrz podzielił dzieci na dwie grupy, z którymi przerabiał ćwiczenia duchowe, ucząc, jak osiągnąć pragnienie śmierci, jakby to była najpiękniejsza zabawka. Dwa razy dziennie – wczesnym rankiem i późnym wieczorem – zgromadzeni na rajskim dworze odmawialiśmy tak zwaną modlitwę, poranną i wieczorną. Dozorcy odczytywali nam teksty, w których jako sprzedawczyki oraz zdrajcy narodu przyznawaliśmy się chóralnie do najohydniejszych zbrodni, nazywali siebie wściekłymi psami, śmierdzącymi szczurami i krwiożerczymi bestiami, błagając przy tym o haniebną śmierć. Zdarzało się, że modlitwy przechodziły w histeryczny wrzask, niektóre dzieci zrywały z siebie habity, niecierpliwie nadstawiając szyje wyimaginowanemu stryczkowi, a piersi salwie plutonu egzekucyjnego. Wtedy dozorcy traktowali je jak histeryków:wymierzywszy im kilka ostrych policzków, zaciągali do cel. A przecież nie było wątpliwości, że ataki histerii świadczyły o szczerym przeżywaniu modlitwy.

    Jeśli jesteście teraz ciekawi, czy i mnie kiedyś należało zdzielić po buzi, oszczędźcie sobie tego pytania. Życie w absolutnej klasztornej izolacji, w warunkach rozmaitych ograniczeń musiało się, rzecz jasna, odcisnąć na nas wszystkich. Lecz ja, mając znacznie większą odporność, stanowiłem tam wyjątek. Owszem, jako mózg spisku mogłem być odporniejszy, w porównaniu z moimi braćmi i siostrami byłem jednak poddany dużo silniejszej presji fizycznej i psychicznej.
    Elementem naszych przygotowań były też prastare praktyki klasztorne, dzięki którym mnisi oraz mniszki potrafili stłamsić swe grzeszne cielesne chucie i oswobodzić duszę, co polegało na tym, że ciało było traktowane jako jej wróg (czytaj dalej ->)

  • Lunatyczny przewodnik po Pradze

    Fragmenty książek

    Přemysl Rut Lunatyczny przewodnik po Pradze (fragment):

     

    RANDKA POD ZEGAREM

    On miał całkiem zwyczajne imię: Bohousz, ale Szeherezadzie wcale to nie przeszkadzało. Przyszła punktualnie i już pod zegarem dostała całusa. Duża wskazówka pokazywała dwunastkę, mała trójkę, z kawiarni „Slavia” dobiegała Barkarola, a kierujący ruchem wskazywał krótszą ręką Smichov, a dłuższą, w której trzymał pałkę, Stare Miasto.
    Zakochani przeszli na nabrzeże.
    – Może wypożyczymy łódkę? – zapytał Bohousz, widząc, że Szeherezada spogląda przez balustradę.
    Widok był taki, jakby na rzece zatonął parostatek: po ciemnej głębinie płynęły szalupy, a w każdej z nich siedziała para rozbitków, którym zostały tylko ich własne życia, nic więcej. Jednakże w takich sytuacjach życie, nic więcej, jest ważniejsze niż skarby świata całego.
    – Powiedziałam, że idę na lekcję gry na skrzypcach – powiedziała Szeherezada, licząc w myślach. – Powinniśmy zdążyć.
    – Ty chodzisz na skrzypce? – zapytał zaskoczony Bohousz.
    – Coś ty! – uśmiechnęła się bajarka. – Tylko tak kłamię.
    – I w domu ci wierzą?
    – Nie. Dlaczego mieliby wierzyć? – zdziwiła się Szeherezada. – Ale wiedzą, że wrócę za godzinę. Kiedy mówię, że idę do teatru, wiedzą, że będę z powrotem za dwie godziny. Trzy godziny mam na łaźnię parową, cztery na dodatkową lekcję tańca, pięć godzin na czytelnię uniwersytecką, sześć na ciotkę w Zbraslavi, a siedem na bal maturalny.
    – Ty dopiero teraz będziesz zdawać maturę?
    – Nie. Dlaczego miałabym zdawać maturę? To jest tak samo jak z tymi skrzypcami.
    – Aha. – Chłopak zrozumiał. Wsunął głowę do okienka, za którym tkwił gruby ratownik ze złotym zegarkiem na opalonej na brąz ręce.
    – Na godzinę – złożył zamówienie. – Niedługo musi wracać do domu.
    Dostał karteczkę z numerem łódki, posadził Szeherezadę na chybotliwej ławeczce i chwycił za wiosła.
    Odbił od brzegu i uświadomił sobie, że od dołu Praga wygląda bardzo stromo. Osiadłe mieszczańskie domy przypominały blanki zamku na skale, miłujący pokój most 1 Maja nagle stał się mostem zawieszonym nad fosą (czytaj dalej ->)

  • Pieniądze od Hitlera

    Fragmenty książek

    Radka Denemarková Pieniądze od Hitlera (fragment):

     

    Lodowa skorupa

    Po powrocie stamtąd żyję jak pod grubą warstwą lodu, po którym inni jeżdżą z zapałem na łyżwach, z rozpalonymi radością policzkami. Głęboko pod lodem. Niewidzialna. Osamotniona. Ledwie wyczuwalna. Bezsilna. Skazana na to, by czekać, aż ktoś wykona ostatni gest, postawi kropkę na końcu źle skleconego zdania, nadepnie na wąziutkie wystające naczynie wypełnione solą. Zamarznięte w lodowej skorupie.

    Wracam do domu. W błędnym przekonaniu, że to wciąż jest mój dom. Palący gorąc. Unikam nawet bocznych dróg. Kierowana nieuzasadnionym instynktem samozachowawczym. Teraz już mogę iść środkiem. Drałować w skwarze roztopionych jezdni jak inni. Już nie muszę się bać. Wojna się skończyła.

    A jednak ciągle się boję.

    Wyczuwam wyprostowany palec kościółka, domyślam się czerwieni ścieśnionych dachów, kątem oka widzę bryłę pałacyku, długą jak nitka makaronu, i zabudowania naszego majątku. Wlokę się rowami, pozwalam, by nogi wysmagały mi kłujące pokrzywy, te zielone szczypce, idzie rak – nieborak, jak uszczypnie, będzie znak; tak śpiewaliśmy, spacerując dziecięcymi paluszkami po smukłych skrzydłach mamy. Niebieskie żyły, które wychodziły jej na przegubach… nie umiała ich ukryć, nikt jeszcze nie wymyślił żadnego tuszującego kosmetyku na pulsujący rurociąg ciała. Wieczorem jej ręce błyszczały od pachnącego tłuszczu. Odpoczywały w nocy nasmarowane specjalnym kremem.

    Odpoczywały też właściwie za dnia.

    Trzęsą mi się kolana.

    Upadam w niską zeschłą trawę. Pod słońce w zenicie. Dopadnie mnie. Ani chybi. I na obnażoną bladość rąk i nóg chluśnie strumieniem gorących igiełek. Jestem łatwym celem. Każdy szuka takiego celu. I znajduje. Zawsze jest ktoś o szczebelek niżej. Ktoś bardziej bezbronny. Bardziej odkryty (czytaj dalej ->)

  • Spojenia

    Fragmenty książek

    Jacek Bierut Spojenia (fragment):

     

    Wszystko wydaje się takie śmieszne. Na przykład ta trawa na boisku, zbyt wysoka, żeby można tam było grać w piłkę. Tamtego dnia, kiedy siedzieli na walcu, było identycznie. Wakacje dobiegały wtedy końca. To był dzień, kiedy mieli wznowić treningi. Jak zwykle przyszli tylko we dwóch z Jackiem Podkałkiem, jak zwykle nie było trenera ani piłki. Nikt się tym nie przejmował. To była przecież liga, z której nie można było już nigdzie spaść, a awansować z niej też nie było po co, bo co za różnica, z którymi patałachami się będzie przegrywało i w jakich wiochach odbędą się spotkania wyjazdowe (byli bowiem jedynym zespołem miejskim w obu najniższych ligach), może tylko ta, że ci z klasy przedostatniej zdecydowanie bardziej zdecydowanie kopali po nogach, zapewne z obawy, żeby nie spaść na samo dno. Potem jednak wszyscy się połapali, w czym rzecz, i niezależnie od klasy rozgrywkowej mecze stały się jeszcze bardziej zacięte. Obrona spojeń słupka i poprzeczki okazała się znacznie bardziej bezwzględna niż bronienie remisu 0:0. Szybko to przestało być zabawne, kiedy tak ich po kilku na mecz znoszono z boiska.

    W dodatku to, że przyszli we dwóch, też niczego nie zmieniało, bo Jacek Podkałek nie był piłkarzem, nie tylko nie lubił się męczyć, ale zdaje się, nawet nie umiał. Po prostu często chodził za Adamem Bożyżuczkiem, a jeśli chodzi o piłkę nożną, a właściwie o tę odmianę piłki nożnej, to po pewnym czasie nauczył się przynajmniej na to patrzeć, chociaż zawsze ze zdziwieniem i odrazą.
    – Spieprzam – powiedział wtedy Jacek Podkałek.
    – No to będę miał nareszcie spokój. Ja zostaję – ucieszył się Adam Bożyżuczek.
    – Adi, posłuchaj, ty nic nie rozumiesz. Tu się już nic więcej nie stanie. Niczego tu nie zrobisz. Nikt z nas. To poważna sprawa jest. Życie to nie jest to wasze strzelanie goli, tak żeby nigdy nie strzelić, ale żeby wszystkim pokazać, że każdemu możecie strzelić z dziesięć. Chcesz już tak zawsze? Żeby ktoś was chociaż kupił za skrzynkę browara. Ale nawet tyle nie
    jesteście warci.
    – Ale nikt ci nie broni.
    – Rzuciła mnie, miesiące mijają, a ja cały czas porzucony – wziął głęboki oddech (czytaj dalej ->)

  • Sąsiedzi i ci inni

    Fragmenty książek

    Ota Filip Sąsiedzi i ci inni (fragment):


    Pani Inge, małżonka Horsta Kramera, o którym w zaułku Im Krähwinkel powiadano, że truje sąsiadom domowe zwierzęta, śpiewające ptaki oraz rybki, już drugiego dnia po wprowadzeniu się Oskara do domku numer dziesięć złapała go za rękaw na parkingu przed supermarketem Tengelmann i zaciągnęła między dwa samochody. Tam, po krótkim wahaniu, najpierw donośnie, później jednak szeptem, przestrzegła pana literata, że w zaułku Im Krähwinkel panuje porządek. Makulaturę i butelki daje się do kontenera za rogiem, w dni powszednie między piętnastą a siedemnastą, w soboty między dziewiątą a dwunastą, ale butelek nie wolno wrzucać, tylko wkłada się je ostrożnie, żeby nie pękały. Zimą trzeba do siódmej rano uprzątnąć z chodnika przed domem świeży śnieg. Grillowanie w ogródku jest dozwolone pięć razy w roku, przy czym każdy grill należy zgłosić sąsiadom, najlepiej pisemnie z co najmniej dwudniowym wyprzedzeniem. Parkowanie przed domem nie uchodzi, a goście muszą zostawiać samochód na parkingu za rogiem, ale z rurą wydechową w kierunku ulicy. Pan literat może kosić trawę tylko między trzecią a piątą po południu, suszenie prania w ogródku jest możliwe wyłącznie po zmroku oraz do dziewiątej rano, cisza nocna zaczyna się o dziesiątej wieczór i trwa do szóstej rano. Pojemniki z odpadami wystawia się przed dom co drugi czwartek, a jeśli akurat przypadnie święto, państwowe czy kościelne, wtedy w piątek. Lecz gdy i piątek jest świąteczny, wówczas dopiero w poniedziałek. Natomiast gdy w taki poniedziałek wypada święto, państwowe czy kościelne, jak na przykład w Wielkanoc, wtedy wywóz odpadów przesuwa się na czwartek, przez co dochodzi do zakłócenia dwutygodniowego cyklu, wobec czego kolejna wywózka odbywa się w następny czwartek. I tak cykl się wyrównuje.
    – Podobnie, też co dwa tygodnie – kontynuowała pani Inge – jest zorganizowany wywóz odpadów biologicznych, tyle że w środy. Ale jeśli na środę przypadnie święto, państwowe czy kościelne, te odpady nie są wywożone w czwartek, tylko w piątek, żeby nie doszło do kolizji z czwartkowym wywozem odpadów nieorganicznych. Lecz gdy piątek jest akurat świąteczny, wówczas wywóz odpadów biologicznych przesuwa się na poniedziałek, ale pod warunkiem, że tego dnia nie przypada przesunięty termin wywozu nieorganicznych odpadów (czytaj dalej ->)

  • Zobacz wszystkie | Strony: Fragmenty książek