Archiwum

 

 

  • Zobacz wszystkie | Strony: « Poprzednia 1 2 3 4 5 6 7
  • Spojenia – prezentacja fragmentu książki

    Archiwum

    Jacek Bierut Spojenia (fragment):

     

    Wszystko wydaje się takie śmieszne. Na przykład ta trawa na boisku, zbyt wysoka, żeby można tam było grać w piłkę. Tamtego dnia, kiedy siedzieli na walcu, było identycznie. Wakacje dobiegały wtedy końca. To był dzień, kiedy mieli wznowić treningi. Jak zwykle przyszli tylko we dwóch z Jackiem Podkałkiem, jak zwykle nie było trenera ani piłki. Nikt się tym nie przejmował. To była przecież liga, z której nie można było już nigdzie spaść, a awansować z niej też nie było po co, bo co za różnica, z którymi patałachami się będzie przegrywało i w jakich wiochach odbędą się spotkania wyjazdowe (byli bowiem jedynym zespołem miejskim w obu najniższych ligach), może tylko ta, że ci z klasy przedostatniej zdecydowanie bardziej zdecydowanie kopali po nogach, zapewne z obawy, żeby nie spaść na samo dno. Potem jednak wszyscy się połapali, w czym rzecz, i niezależnie od klasy rozgrywkowej mecze stały się jeszcze bardziej zacięte. Obrona spojeń słupka i poprzeczki okazała się znacznie bardziej bezwzględna niż bronienie remisu 0:0. Szybko to przestało być zabawne, kiedy tak ich po kilku na mecz znoszono z boiska.

    W dodatku to, że przyszli we dwóch, też niczego nie zmieniało, bo Jacek Podkałek nie był piłkarzem, nie tylko nie lubił się męczyć, ale zdaje się, nawet nie umiał. Po prostu często chodził za Adamem Bożyżuczkiem, a jeśli chodzi o piłkę nożną, a właściwie o tę odmianę piłki nożnej, to po pewnym czasie nauczył się przynajmniej na to patrzeć, chociaż zawsze ze zdziwieniem i odrazą.
    – Spieprzam – powiedział wtedy Jacek Podkałek.
    – No to będę miał nareszcie spokój. Ja zostaję – ucieszył się Adam Bożyżuczek.
    – Adi, posłuchaj, ty nic nie rozumiesz. Tu się już nic więcej nie stanie. Niczego tu nie zrobisz. Nikt z nas. To poważna sprawa jest. Życie to nie jest to wasze strzelanie goli, tak żeby nigdy nie strzelić, ale żeby wszystkim pokazać, że każdemu możecie strzelić z dziesięć. Chcesz już tak zawsze? Żeby ktoś was chociaż kupił za skrzynkę browara. Ale nawet tyle nie
    jesteście warci.
    – Ale nikt ci nie broni.
    – Rzuciła mnie, miesiące mijają, a ja cały czas porzucony – wziął głęboki oddech (czytaj dalej ->)

  • Wybór wierszy – prezentacja fragmentu książki

    Archiwum

    Jacek Łukasiewicz Wybór wierszy (fragment):

     

     

     

     

     

     

     

    ***

     

    Tak kochają się traszki.
    Pięknym na pohybel.
    Dwa brzydkie ciała
    w zaciekłej podróży.

    (1968)

     

     

     

    ***

     

    Oprócz podróży są także powroty.
    Książki pożółkły, ludzie się postarzeli.
    To pierwsze wrażenie, nie ulegaj mu pochopnie.
    Ty, inny, spotykasz kogoś, kto czekał
    aż będziesz umiał go rozumieć.
    Ciesz się spotkaniem – powrotem i podróżą jednocześnie,
    Ciesz się spokojnie, z teraźniejszym swoim pulsem i potem.
    Nie musisz się spieszyć. Zdążysz.
    Jeśli przerwiesz rozmowę, przerwiesz ją we właściwej chwili.
    I nie prowadź tego wiersza nierozważnie,
    do pospiesznej pointy.

     

     

    (czytaj dalej ->)

  • Dom pod lipą / Das Haus unter der Linde – prezentacja fragmentu książki

    Archiwum

    DOM

    Dom liczył sobie sto lat i przez wiele lat stanowił siedzibę pastora. Zapewne tak byłoby po dziś dzień, gdyby nie druga wojna światowa. Ze wszystkich domów odeszli, płacząc, niemieckojęzyczni mieszkańcy wsi, przybyli nowi – ocierający łzy po stracie ojcowizny za wschodnią granicą, zżerani tęsknotą, przycupnęli na tej nowej ziemi obiecanej.
    Stojący nieopodal niewielki kościół, zbudowany z czerwonej cegły, był rówieśnikiem domu. Jego strzelista wieża konkurowała z otaczającymi górami. Na samym szczycie wieży stał krzyż, poniżej – tarcza zegara, od lat pokazująca tę samą godzinę, w środku znajdowały się dzwony. Żal, że z upływem lat odzywały się one tylko raz w miesiącu, gdy na nabożeństwo zjeżdżali się wierni Kościoła ewangelicko-augsburskiego oraz pastor z samego Kłodzka.

     

     

    Das Haus

    Das Haus war hundert Jahre alt und war Sitz des Pastors. Sicherlich, hätte es den Zweiten Weltkrieg nicht gegeben, wäre es bis heute dabei geblieben. Aus allen Häusern gingen weinend die deutschsprachigen Dorfbewohner hin, her kamen die neuen – die Tränen aus den Augen wischend nach dem Verlust ihres Vaterlandes hinter der Ostgrenze, von Sehnsucht
    verzehrt, kauerten sie sich auf das neue gelobte Land.
    Die unweit stehende kleine Backsteinkirche war mit dem Pfarrhaus gleichaltrig. Ihr hochaufragender Turm wetteiferte mit den umliegenden Bergen. Auf dem Gipfel stand ein Kreuz, darunter war eine Uhrscheibe, die seit Jahren dieselbe Uhrzeit anzeigte, drinnen waren die Glocken. Schade, dass sie im Laufe der Zeit nur einmal im Monat ertönten, wenn zum Gottesdienst die Gläubigen der Evangelisch-Augsburgischen Kirche und der Pastor aus Glatz zusammenkamen.

    (czytaj dalej ->)

  • Fotorelacja ze spotkania z Małgorzatą Stankiewicz i jej książką Gościszów. Dzieje zamku w Bibliotece w Nowogrodźcu przy ul. Lubańskiej 42a (24.10.2009)

    Archiwum

     

    Gościszów. Dzieje zamku to książka poświęcona zamkowi w Gościszowie koło Bolesławca, jednemu z ogromnej liczby ginących zabytków architektury na Śląsku. Autorka opisuje dzieje zamku jako dzieła sztuki i przedstawia jego najciekawszych mieszkańców, wiele miejsca poświęca też Casparowi von Warnsdorff, fundatorowi przebudowy zamku z początku XVII w., człowiekowi wybitnemu, ale zupełnie nieznanemu tak niemieckiej, jak i polskiej literaturze historycznej.

  • Fotorelacja ze spotkania z Sylvą Fischerovą i jej zbiorem opowiadań "Cud" (03.08.09, wrocławska "Literatka")

    Archiwum

    O Autorce i książce:

     

    Sylva Fischerová (ur. 1963) – czeska poetka i prozaiczka. Córka Josefa Ludvíka Fischera – filozofa, socjologa i pierwszego rektora Uniwersytetu Palackiego w Ołomuńcu, siostra wybitnej poetki Violi Fischerovej. Do osiemnastego roku życia mieszkała w Ołomuńcu, potem przeniosła się do Pragi, gdzie na Uniwersytecie Karola studiowała filozofię, fizykę oraz filologię klasyczną.
    Wydała tomiki wierszy: Chvĕní závodních koní (Drżenie koni wyścigowych, 1986), Velká zrcadla (Wielkie lustra, 1990), V podsvĕtním mĕstĕ (W podziemnym mieście, 1994), Šance (Szansa, 1999), Krvavý koleno (Krwawe kolano, 2005). Oprócz zbioru opowiadań Zázrak (Cud, 2005) napisała również książkę dla dzieci Júla a Hmýza aneb Cesta do Juliiny zemĕ (Julia i Hymza ablo droga do ziemii Julii, 2006).

     

    Cud to dziesięć historii mniej lub bardziej poważnych, które obrazują czeską mentalność. Umieszczone zostały w realiach ostatnich trzydziestu lat. Czytelnik znajdzie tu sytuacje, jakie zna z własnego życia: imprezy przy beczce piwa, nie zawsze pożądane spotkania na dworcu, porządkowanie biblioteki ojca, szpitalne rozmowy na ginekologii, śmierć najbliższych. Bohaterka tej książki mówi o cudach, ale nie znaczy to, że w cuda wierzy.

    Fischerova w prozie nie przestaje być poetką. Operuje językiem potocznym i pisze o codzienności, jednak opowieści te mają też wymiar metafizyczny i filozoficzny.

  • Znalezione. Szkice do książki – prezentacja fragmentu książki

    Archiwum

    Andrzej Falkiewicz Znalezione. Szkice do książki (fragment):


    4: Wybrane z ognia

    Tą pracą, rysunkiem myśli tej pracy chcę oddać „płomień” – chcę  p ł o m i e ń  n a r y s o w a ć.
    Albo: tą pracą (tą książką), rysunkiem myśli tej pracy (tej książki) – chcę  n a r y s o w a ć

    p ł o m i e ń.
    Pierwsza modlitwa. Psy wyją – a to już jest to samo pytanie, co w murzyńskiej pieśni do księżyca. Czy nie słyszycie, że to już ten sam ton? Czy wiecie, że one wtedy mają już to samo w oczach? Wycie do księżyca – największa i nietknięta dotąd tajemnica psa. Wycie do księżyca – pierwsza tajemnica ludzi. Zaczyna się u wilka, przechodzi do niektórych psów – potem milknie na długo – powraca dopiero wraz z pieśnią ludów pierwotnych. (Nie chcę się wypowiadać o modlitwie elektronów – najmniejszych cząstek, cząstek elementarnych, zdaniem Teilharda de Chardin już „usposobionych” ku biosferze i noosferze).
    I tak pozostaje – i wyją. Niekiedy są tego wycia pozbawiani, nieliczni są tego wycia pozbawieni. To jest kalectwo. Z tym kalectwem można żyć (nie bardzo tylko wiadomo – po co?). Nieporozumienie zaczyna się dopiero wtedy, kiedy ludzie nim dotknięci modlą się, myślą o człowieku, „tworzą sztukę”. Zbudowali elektryczną maszynę ze sprzężeniem zwrotnym i modelują człowieka na obraz i podobieństwo swojej maszyny (zawsze chcą widzieć w nim kopię swego ostatniego wynalazku).
    Mój obszar pozostanie nietknięty. Można zbudować automat, który myśli logicznie, automat, który klepie wiersze albo pacierze; nawet automat, który sam siebie stwarza – ale nie można zbudować automatu, który się modli. Niczym nie możesz tutaj zastąpić życia. Wiedza, która uwzględni kiedyś ten czynnik pierwszy.
    Przeszukiwania i odkrycia w człowieku – w tych jego zakamarkach, których dotąd nie przeszukiwano. Dotychczas najciekawsze odkrycia tyczyły dna – popędu, płci, kompleksów. Te będą poszukiwaniami w pianie – w tej warstwie najwyższej, najbardziej ideologicznej (czytaj dalej ->)

  • Fotorelacja ze spotkania z Julianem Bartoszem i jego książką "Ostatnie zapiski zgryźliwego dogmatyka"

    Archiwum

    O Autorze i książce:

    Julian Bartosz, historyk, wrocławski dziennikarz, przyznaje, że już się na tyle postarzał, że czas na wspomnienia. Kto pamięta go z dawnych lat - powie, że to raczej dowód na to, że znany z niespożytego temperamentu dziennikarz i niemcoznawca ciągle jest w formie, nie zamilkł. Bo czy coś jest w stanie stępić pióro Zgryźliwego Dogmatyka. Bartosz ,,ukrywał się" pod tym pseudonimem w założonym przez siebie tygodniku ,,Sprawy i Ludzie". Jego komentarze wywoływały wściekłość w komitetach i odrazę w kręgach nielegalnej wówczas opozycji politycznej. A wszystko to ,,działo się w dziejowej dziurze. Polski wtedy rzekomo nie było", jak pisze. Po kilku latach medialnego milczenia wraca do tych czasów ze świadomością podejmowanego ryzyka, gdyż wspomnienia są jak potłuczone szkło, chodzić po nim nie należy - pokaleczyć się można.

  • Patriarchatu dawno miniona chwała – prezentacja fragmentu książki

    Archiwum

    Pavel Brycz Patriarchatu dawno miniona chwała (fragment):

     

    Rodzina Kochanych mieszkała w pięknym miasteczku z klasycystycznym zamkiem w kolorze czerwonym, z widokiem od frontu wprost na ciemię Jana Ewangelisty Purkyniego, sławnego rodaka, który odkrył wiele cudów życia, badał komórkę i fizjologiczne procesy organizmów, a dzisiaj, martwy, z wysokości cokołu spoglądał na życie wokół siebie i nie drażniły go ani gołębie odchody, które brudziły jego szlachetną głowę, ani wrzask pawi z paletą malarską na wachlarzowatych ogonach; nie znały one jego pełnego imienia, ponieważ deszcze i czas zmyły połowę napisu na cokole, tuż pod brodą, albo też nie umiały czytać i krzyczały tylko:
    „–rkyni, –rkyni, –rkyni!!!”
    Przez lewe skrzydło zamku można było wejść do ogrodu, w którym rabatki pełne pstrokatych bratków miały geometryczne kształty, a soczyście zielone krzewy były przycięte stożkowato i świeciły się niczym lampy z zielonymi abażurami.
    Takie było zatem najpiękniejsze miejsce na świecie, w nim od urodzenia mieszkała Kwieta Kochany, a Roland Berezinko powiedział o nim, że ludzie nie umierają tu z powodu podeszłego wieku, lecz z nudy i od słuchania opowiastek jej matki.
    Kwieta, już bez gipsu na lewej nodze, skończyła praktykę zawodową w mieście portowym i do garsoniery Rolanda przyjeżdżała już tylko w weekendy. On starał się unikać historyjek o topielcach z włosami jak wełna oraz wstrętnych wrzasków małomiasteczkowych pawi.
    Nie gościł w świecie swojej narzeczonej, Kwiety, znienawidził go, nim go faktycznie poznał. Może nie chciał przystać na to, że tylko taki mały prowincjonalny świat chce go wziąć w swoje objęcia. Żadna tam Ameryka! Pycha oraz niczym nieuzasadniona ambicja nie wygasły w nim tak zupełnie.
    Poza tym życie Rolanda nie uległo żadnej zmianie, każdy dzień kończył przy piwie i gdyby nie to, że kajał się przed Kwietą za każdym razem, gdy mu minął kac, z pewnością już dawno by go zostawiła.

    Mimo to nastał dzień, w którym Kwieta przyprowadziła swego wybranka, by go przedstawić rodzicom. Roland przybył starannie ogolony, ostrzyżony, z pomadą na resztce włosów, usiadł u szczytu stołu i sztućcami dźgał indycze udko z ugrzecznieniem słuchając opowieści swojej przyszłej teściowej, jak to mała Kwiecieńka narobiła w majtki na scenie podczas amatorskiego festiwalu teatralnego (czytaj dalej ->)

  • Pieniądze od Hitlera – prezentacja fragmentu książki

    Archiwum

    Radka Denemarková Pieniądze od Hitlera (fragment):

     

    Lodowa skorupa

    Po powrocie stamtąd żyję jak pod grubą warstwą lodu, po którym inni jeżdżą z zapałem na łyżwach, z rozpalonymi radością policzkami. Głęboko pod lodem. Niewidzialna. Osamotniona. Ledwie wyczuwalna. Bezsilna. Skazana na to, by czekać, aż ktoś wykona ostatni gest, postawi kropkę na końcu źle skleconego zdania, nadepnie na wąziutkie wystające naczynie wypełnione solą. Zamarznięte w lodowej skorupie.

    Wracam do domu. W błędnym przekonaniu, że to wciąż jest mój dom. Palący gorąc. Unikam nawet bocznych dróg. Kierowana nieuzasadnionym instynktem samozachowawczym. Teraz już mogę iść środkiem. Drałować w skwarze roztopionych jezdni jak inni. Już nie muszę się bać. Wojna się skończyła.

    A jednak ciągle się boję.

    Wyczuwam wyprostowany palec kościółka, domyślam się czerwieni ścieśnionych dachów, kątem oka widzę bryłę pałacyku, długą jak nitka makaronu, i zabudowania naszego majątku. Wlokę się rowami, pozwalam, by nogi wysmagały mi kłujące pokrzywy, te zielone szczypce, idzie rak – nieborak, jak uszczypnie, będzie znak; tak śpiewaliśmy, spacerując dziecięcymi paluszkami po smukłych skrzydłach mamy. Niebieskie żyły, które wychodziły jej na przegubach… nie umiała ich ukryć, nikt jeszcze nie wymyślił żadnego tuszującego kosmetyku na pulsujący rurociąg ciała. Wieczorem jej ręce błyszczały od pachnącego tłuszczu. Odpoczywały w nocy nasmarowane specjalnym kremem.

    Odpoczywały też właściwie za dnia.

    Trzęsą mi się kolana.

    Upadam w niską zeschłą trawę. Pod słońce w zenicie. Dopadnie mnie. Ani chybi. I na obnażoną bladość rąk i nóg chluśnie strumieniem gorących igiełek. Jestem łatwym celem. Każdy szuka takiego celu. I znajduje. Zawsze jest ktoś o szczebelek niżej. Ktoś bardziej bezbronny. Bardziej odkryty (czytaj dalej ->)

  • Sąsiedzi i ci inni – prezentacja fragmentu książki

    Archiwum

    Ota Filip Sąsiedzi i ci inni (fragment):


    Pani Inge, małżonka Horsta Kramera, o którym w zaułku Im Krähwinkel powiadano, że truje sąsiadom domowe zwierzęta, śpiewające ptaki oraz rybki, już drugiego dnia po wprowadzeniu się Oskara do domku numer dziesięć złapała go za rękaw na parkingu przed supermarketem Tengelmann i zaciągnęła między dwa samochody. Tam, po krótkim wahaniu, najpierw donośnie, później jednak szeptem, przestrzegła pana literata, że w zaułku Im Krähwinkel panuje porządek. Makulaturę i butelki daje się do kontenera za rogiem, w dni powszednie między piętnastą a siedemnastą, w soboty między dziewiątą a dwunastą, ale butelek nie wolno wrzucać, tylko wkłada się je ostrożnie, żeby nie pękały. Zimą trzeba do siódmej rano uprzątnąć z chodnika przed domem świeży śnieg. Grillowanie w ogródku jest dozwolone pięć razy w roku, przy czym każdy grill należy zgłosić sąsiadom, najlepiej pisemnie z co najmniej dwudniowym wyprzedzeniem. Parkowanie przed domem nie uchodzi, a goście muszą zostawiać samochód na parkingu za rogiem, ale z rurą wydechową w kierunku ulicy. Pan literat może kosić trawę tylko między trzecią a piątą po południu, suszenie prania w ogródku jest możliwe wyłącznie po zmroku oraz do dziewiątej rano, cisza nocna zaczyna się o dziesiątej wieczór i trwa do szóstej rano. Pojemniki z odpadami wystawia się przed dom co drugi czwartek, a jeśli akurat przypadnie święto, państwowe czy kościelne, wtedy w piątek. Lecz gdy i piątek jest świąteczny, wówczas dopiero w poniedziałek. Natomiast gdy w taki poniedziałek wypada święto, państwowe czy kościelne, jak na przykład w Wielkanoc, wtedy wywóz odpadów przesuwa się na czwartek, przez co dochodzi do zakłócenia dwutygodniowego cyklu, wobec czego kolejna wywózka odbywa się w następny czwartek. I tak cykl się wyrównuje.
    – Podobnie, też co dwa tygodnie – kontynuowała pani Inge – jest zorganizowany wywóz odpadów biologicznych, tyle że w środy. Ale jeśli na środę przypadnie święto, państwowe czy kościelne, te odpady nie są wywożone w czwartek, tylko w piątek, żeby nie doszło do kolizji z czwartkowym wywozem odpadów nieorganicznych. Lecz gdy piątek jest akurat świąteczny, wówczas wywóz odpadów biologicznych przesuwa się na poniedziałek, ale pod warunkiem, że tego dnia nie przypada przesunięty termin wywozu nieorganicznych odpadów (czytaj dalej ->)

  • Zobacz wszystkie | Strony: « Poprzednia 1 2 3 4 5 6 7